Warszawski PiS znów rusza do ataku. Zachęceni krajowymi sondażami działacze partii Kaczyńskiego poczuli cień nadziei na odbicie się również w Warszawie, w której od 2006 roku są w opozycji. I to z coraz gorszym stanem posiadania w Radzie Miasta, skutkującym tym, że Platforma Obywatelska ma w niej dziś samodzielną większość. Od dziewięciu lat Prawo i Sprawiedliwość nie może znaleźć sposobu na zaistnienie w Warszawie. Strategia negowania wszystkiego, co tylko zaproponują władze stolicy okazała się nieskuteczna, tym bardziej, że media – a za ich pośrednictwem warszawiacy – przestali interesować się wielogodzinnymi tyradami i popisami oratorskimi radnych PiS-u podczas sesji Rady Miasta.

Wydawać by się mogło, że takim pomysłem może być referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Prawo i Sprawiedliwość nie zdobyło się jednak na jego zainicjowanie, nauczone doświadczeniami z poprzedniej, nieudanej próby referendum w sprawie prywatyzacji SPEC-u. Działacze partii Kaczyńskiego bali się kolejnej kompromitacji, dlatego w momencie rozpoczęcia zbiórki podpisów pod odwołaniem prezydent stolicy zachowali dystans do tej inicjatywy. Organizatorzy okazali się jednak cwańsi od pisowskich strategów i podbijali bębenek informując co chwilę, że już praktycznie sami zebrali podpisy pod odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz. PiS ciśnienia nie wytrzymał, obawiając się, że może zostać zdetronizowany z pozycji lidera prawicowej opozycji w Warszawie i… do referendum dołączył, a nawet o nim przesądził, dostarczając 50 tys. podpisów. Teraz będziemy świadkiem rywalizacji po prawej stronie stołecznej sceny politycznej pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a Warszawską Wspólnotą Samorządową o tytuł autora referendalnego sukcesu.

Równolegle do tego PiS postanowił również sięgnąć po swój sprawdzony oręż, czyli martyrologię. Ponieważ nie udało się im zawłaszczyć kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego, postanowili odwołać się do swojego słowa-klucza, a mianowicie dekomunizacji. W wypadku Warszawy chodzi o postulowane przez partię Kaczyńskiego zmiany nazw takich ulic, jak chociażby Armii Ludowej, Dąbrowszczaków czy Modzelewskiego oraz likwidację niektórych pomników z „Czterech śpiących” na czele. Najnowszy pomysł PiS to uhonorowanie pomnikiem rotmistrza Witolda Pileckiego, który sam w sobie nie byłby zły, gdyby nie fakt, że miałby on stanąć w miejsce pomnika „śpiących” na środku Placu Wileńskiego. Na szczęście projekt uchwały w tej sprawie przepadł, odrzucony głosami SLD i PO na ostatniej sesji. Nie zgodziliśmy się, aby historia była narzędziem politycznej manipulacji i żeby jedne pomniki zastępować innymi. Jestem przekonany, że tak samo upadnie cały PiS-owski pomysł dekomunizacji i mało kto będzie tym zmartwiony. Dziś ludzie chcą nowych ulic, miejsc w przedszkolach i żłobkach, a nie bicia piany i polityczno-historycznych dywagacji.