NGPO problemach związanych z brakiem ustawy reprywatyzacyjnej pisałem nie raz. Przede wszystkim skutecznie hamuje to rozwój Warszawy, jest przyczyną wielu osobistych tragedii lokatorów zwracanych kamienic oraz – co najgorsze – jest również źródłem wielu nienależnych fortun.

Obowiązujący do dziś dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy – tzw. dekret Bieruta – został przyjęty w celu umożliwienia odbudowy Warszawy. Przed drugą wojną do miasta należało bowiem zaledwie 860 nieruchomości, a w rękach prywatnych było ponad 23 tys. nieruchomości i ponad 40 tys. parceli. Już wtedy urbaniści widzieli w tym ogromne zagrożenie dla rozwoju miasta i zastanawiali się nad sposobem „aksamitnej” nacjonalizacji. Dekret Bieruta odwrócił te proporcje i umożliwił odbudowę i przebudowę Warszawy na niespotykaną do tej pory skalę. Niestety, jego zapisy były przez władze nadużywane i ogromna część nieruchomości została przez państwo przejęta nienależnie.

To właśnie o ich zwrot starają się od kilkudziesięciu lat ich przedwojenni właściciele bądź spadkobiercy. Batalie o swoją własność toczą latami w urzędach i przed sądami. Nie wiedzą, kiedy ich sprawy zostaną rozpatrzone, a potem kiedy odzyskają swój grunt bądź odszkodowanie. Na bazie tej niewiedzy i nieznajomości prawa w Warszawie powstała i szybko rozwinęła się nowa branża – handlarzy roszczeń. To osoby fizyczne, lub wyspecjalizowane kancelarie, które docierają do osób posiadających roszczenia. Skąd mają dane tych osób? To właśnie jest pierwsza zagadka. Handlarze oferują zakup tych roszczeń za ułamek ich wartości. Zdesperowani właściciele, pozbawieni nadziei na odzyskanie swoich nieruchomości, godzą się na ich sprzedaż, żeby u kresu swego życia otrzymać cokolwiek. W tym momencie to handlarze stają się stroną i występują do urzędu o zwrot nieruchomości. I zazwyczaj nagle sprawy nabierają przyspieszenia i dochodzi do szybkiego zwrotu nieruchomości. Jakim cudem? To już kolejna zagadka. Potem idzie według podobnego scenariusza. Pozbycie się dotychczasowych lokatorów, w przypadku gdy nieruchomość jest zamieszkała i jej rozbiórka bądź przebudowa tak, aby w tym miejscu mógł powstać kolejny biurowiec lub ekskluzywny apartamentowiec.

Rozwiązania tych zagadek nietrudno się domyślić. A już w ogóle żadnego główkowania nie wymaga przypadek byłego wicedyrektora jednego z biur Urzędu Miasta zajmującego się takimi zwrotami. Pan dyrektor zakupił takie roszczenie właśnie od przedwojennych właścicieli. Doskonale wiedział, od których warto. Zakupu dokonał na rodziców – żeby już tak strasznie bezczelnie nie było. Gdy sprawa zwrotu dobiegała finału w podległej mu komórce, pan dyrektor uznał, że jego misja w urzędzie się wyczerpała i teraz będzie kamienicznikiem. Zwolnił się z pracy, przepisał roszczenie z rodziców na siebie i w spokoju czekał na decyzję zwrotową przygotowywaną przez jego byłych podwładnych. O mały włos jego plan jednak by runął, bo o sprawie dowiedziała się Hanna Gronkiewicz-Waltz i zarządziła kontrolę postępowania. Ta oczywiście nic nie wykazała, bo teoretycznie wszystko przebiegało zgodnie z prawem. A strony etycznej nikt nie badał, tym bardziej, że pan przestał już być pracownikiem. Ostatecznie z niewielkim opóźnieniem pan dyrektor stał się właścicielem kamienicy na Mokotowie.

Wstrząsające? Przykład pana dyrektora otworzył niektórym oczy, ale to naprawdę wierzchołek góry lodowej. Takich przypadków w stolicy są setki, a może i tysiące, choć oczywiście nie wszystkie tak bezczelnie realizowane. Skończyć z tym może tylko pani prezydent i parlament, który zabroni takich praktyk wprowadzając stosowną ustawę. Hanna Gronkiewicz-Waltz to obiecywała. Pani prezydent – chyba już najwyższy czas na realizację!