Rusza #Samorząd2014, czyli cykl prezentacji naszych samorządówców z całej Polski. Od razu zaczynamy od mocnego uderzenia, a mianowicie od stolicy. Kandydatem na prezydenta Warszawy jest 37-letni Sebastian Wierzbicki.  Z wykształcenia socjolog, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego.  Od siedmiu lat wicedyrektor Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy – Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego. Wcześniej pracował w stołecznym samorządzie, administracji rządowej i sektorze prywatnym. Wiceprzewodniczący Rady m.st. Warszawy. Członek Zarządu Krajowego SLD i przewodniczący stołecznej organizacji Sojuszu. W styczniu tego roku został oficjalnym kandydatem Sojuszu Lewicy Demokratycznej  na prezydenta Warszawy.
REDAKCJA: Czy nie obawia się Pan, że tak wczesna deklaracja startu w wyborach nie zaszkodzi? Jest Pan pewien, że jesienią starczy sił i pomysłów, by prowadzić kampanię? 
Sebastian Wierzbicki:
Moja kandydatura to całkowicie inna niż dotychczas koncepcja na kampanię wyborczą w Warszawie. Wcześniej na funkcję prezydenta stolicy proponowaliśmy polityków z pierwszych stron gazet: Marka Balickiego, Marka Borowskiego, Wojciecha Olejniczaka. Tym razem uznaliśmy, że warszawiacy oczekują od nas tzw. wielkich nazwisk, lecz kogoś, kto jest jednym z nich, kto dobrze zna miasto, problemy jego mieszkańców i kto wie, jak je rozwiązywać. Do tego nie jest wymagane doświadczenie z gmachu przy ulicy Wiejskiej, bo stamtąd wielu warszawskich problemów nawet nie widać. Potrzebny jest samorządowiec, osoba z doświadczeniem w zarządzaniu, dla której najważniejsi są i będą mieszkańcy Warszawy. To przekonanie było decydujące przy  wyborze kandydata na prezydenta stolicy. Pod uwagę wzięliśmy też wyniki badań, które pokazały, że duża grupa wyborców lewicy oczekuje nowych twarzy w polityce.   Nie bez znaczenia była także – widziana przez większość stołecznych działaczy – konieczność odbudowania czytelnego wizerunku SLD w Warszawie!
Oczywiście taka konstrukcja wymusza inne niż dotychczas działania. Radny, nawet ten najaktywniejszy, nie jest w stanie dorównać tak zwaną „rozpoznawalnością” politykom z Wiejskiej, widzianym codziennie w telewizorze. Wiem, że muszę stać się bardziej rozpoznawalny – nie tylko dla tych mieszkańców, którzy na co dzień angażują się w funkcjonowanie miasta. Tak, jestem rzadziej w mediach, lecz pamiętajmy – sama obecność w telewizji, choć ważna, sukcesu nie daje. Stąd pomysł, żeby uruchomić moją kampanię już w styczniu,  by starczyło czasu na bezpośrednie dotarcie do jak największej liczby mieszkańców stolicy. Chcę z nimi rozmawiać, wysłuchać ich propozycji i postulatów, by przedstawić najlepsze, z ich punktu widzenia, rozwiązania dla naszego miasta.  Jeżeli chodzi o siły, to jestem pewien, że ich starczy. Głęboko wierzę, że ciężka praca jest fundamentem sukcesu. Tu nie chodzi o mnie, lecz o nasze miasto, o jego mieszkańców, i jego przyszłość.
REDAKCJA: Czy Pańskie hasło wyborcze zostało już ustalone? “Warszawa: #kursnazmianę” czy może 3xW – “Warszawa, Warszawiacy, Wierzbicki”?
SW: Warszawa Warszawiacy Wierzbicki, czyli w skrócie WWW to swego rodzaju podpis, sygnatura. Pokazuje priorytety, którymi kieruję się w swojej działalności polityczno-samorządowej. Są nimi: nasze miasto oraz jego mieszkańcy. Wierzę, że staną się synonimem nowoczesności, bo uważam, że czas zastąpić Warszawę analogową, Warszawą cyfrową. I to praktycznie w każdej dziedzinie działalności miasta. To główna oś mojego  programu wyborczego. Hasło “Warszawa: #kursnazmianę”, od którego rozpoczęliśmy kampanię, będzie nam towarzyszyło nadal, bo nasza oferta dla mieszkańców stolicy oznacza ogromną zmianę w funkcjonowaniu stolicy. Mam nadzieję, że okaże się ona na tyle atrakcyjna dla warszawiaków, że zapewni nam sukces w wyborach samorządowych.
REDAKCJA: Jaki jest Pana stosunek do Hanny Gronkiewicz-Waltz? Niektórzy mówią, że to najgorszy prezydent w dziejach stolicy, inni z kolei dowodzą, iż dzięki niej Warszawa stała się „miastem w budowie”?
SW:  Tej prezydentury nie da się oceniać w kategoriach „czarne” albo „białe”. Z całą pewnością Hanna Gronkiewicz-Waltz wyrwała stolicę z zapaści inwestycyjnej, do której doprowadzili jej poprzednicy z PiS-u z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Lecz nie zrobiła tego przecież sama. Pamiętajmy, że najtrudniejszy czas odbudowywania Warszawy po kataklizmie PiSowskich rządów to działania prowadzone w oparciu o porozumienie programowe zawarte w stolicy między Platformą Obywatelską a SLD (wówczas LiD). Dzięki temu powstała stabilna większość w Radzie Miasta, która w ciągu czterech lat odmieniła stolicę. Zarówno pod względem inwestycji, jak również nadzorowanych przez Sojusz spraw społecznych. Przypomnę, że w tamtych latach, na przykład stołeczny sport, przeżywał swój rozkwit. Niestety, wyborach w 2010 r. Platforma skonsumowała ten sukces sama. Warszawiacy uznali, że wszystko, co widzą zawdzięczają prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz i jej partii, choć wcale tak nie było. Zadecydowali w głosowaniu, że PO winna przez kolejne cztery lata rządzić samodzielnie.
W podziękowaniu za to dość szybko otrzymali kubeł zimnej wody na głowę. Cztery lata samodzielnych rządów PO w Warszawie to przede wszystkim nieustające pasmo podwyżek: czynszów, użytkowania wieczystego, cen biletów komunikacji miejskiej, opłat za przedszkola i żłobki, wodę,  nieczystości i śmieci. To prywatyzacja Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej skutkująca – przed czym ostrzegaliśmy – wzrostem cen o 20%, likwidacja szkolnych stołówek, dodatków motywacyjnych dla nauczycieli, cięcia w komunikacji i ogromne opóźnienia inwestycyjne. To także ogromna arogancja władzy w kontaktach z mieszkańcami, która doprowadziła do referendum w sprawie odwołania pani prezydent. Dopiero w obliczu tak radykalnych zdarzeń  Hanna Gronkiewicz-Waltz ocknęła się i o 180% zmieniła swoją retorykę. Nagle okazało się, że można wprowadzić budżet partycypacyjny, o co SLD zabiegało od lat, można z robić konsultacje społeczne, można zadbać o lokatorów z reprywatyzowanych kamienic i wiele innych rzeczy, które Platforma ignorowała. Od referendum minęło kilka miesięcy i zapał Pani Prezydent znów słabnie, mimo, iż jej najwierniejsi z wiernych starają się taki prospołeczny wizerunek PO utrzymywać do jesiennych wyborów samorządowych.  Mam jednak nadzieję, że po raz kolejny Warszawiacy się nie nabiorą.
REDAKCJA: Polityka warszawska jest chyba najbliżej polityki krajowej. Czy to nie przeszkadza w prowadzeniu działalności stricte samorządowej. Czy bieżąca polityka nie przysłania czasem idei samorządności?
SW: Niestety tak jest. W Warszawie ulokowane są wszystkie organy władzy i siłą rzeczy, ich działalnością interesują się media. Samorząd i jego problemy schodzą na drugi plan. W mediach publicznych zlikwidowano audycje, w których mieszkańcy dyskutowali na temat problemów miasta. Teraz liczy się konflikt polityczny. Im ostrzejszy, bardziej brutalny, tym lepiej. Dziś media nie interesują się tym, czy powstanie nowa droga, lecz czyim imieniem zostanie nazwana i czy z tego powodu dojdzie do awantury na sesji Rady Miasta. Atmosfera z Sejmu przenosi się na naszą salę obrad, co nie służy ani miastu, ani jego mieszkańcom. Niestety ambicje polityczne niektórych samorządowców są zbyt wielkie.
READAKCJA: Co Pana zdaniem należy zmienić w Warszawie? 
SW:  To bardzo dobre pytanie. Myślę, że przede wszystkim priorytety władzy. Ekipa prezydent Hanny Gronkiewicz – Waltz skupiła się na budowie ciężkiej infrastruktury – metro, remonty dróg, nowe ulice… To oczywiście bardzo ważne ale kamaryla Pani Prezydent  zapomniała o tym, że istnieje substancja społeczna. Mieszkańcy stolicy zeszli na drugi plan, stali się przeszkodę w realizacji przedsięwzięć inwestycyjnych. Tak dziś rządząca Platforma Obywatelska zdaje się postrzegać Warszawiaków. Nie są oni dla władzy partnerami, co pokazują chociażby wyniki konsultacji społecznych. Mieszkańcy opowiedzieli się za Mostem Północnym, a Platforma i tak nazwała go Mostem Skłodowskiej-Curie. Podobnie było w przypadku Ogrodu Krasińskich. Warszawiaków traktuje się jak skarbonkę sięgając do ich kieszeni po pieniądze na kolejne inwestycje i  utrzymanie miasta, nie oferując w zamian zbyt wiele. Tylko, że te kieszenie już od dawna święcą pustkami, a włodarze miasta nie chcą tego dostrzec! Miasto musi się rozwijać, lecz można to robić lepiej, szybciej i przede wszystkim nie kosztem jego mieszkańców. Jak? Choćby ograniczając marnotrawstwo. Władze w stolicy nie robią nic, aby szukać alternatywnych źródeł dochodów. Chociażby pozyskiwać inwestorów, którzy utworzą tu nowe miejsca pracy i będą płacić podatki. Ale jak oni mają u nas inwestować skoro na warunki, czy pozwolenie na budowę czeka się tu nawet nie miesiącami, ale latami?
Miasto rozwija się nierównomiernie, bo jego prawa część została przez ekipę Hanny Gronkiewicz-Waltz przez ostatnie lata zapomniana. W odległości 2 km od centrum znajdują się tu kamienice pozbawione kanalizacji. Tymczasem pani prezydent mówi, że Warszawa jest na 17-tym miejscu na liście miast najchętniej do zamieszkania. Czy ona naprawdę nie widzi Pragi z okien stołecznego ratusza? W tym kontekście jak żart brzmią słowa Pani Profesor, że części obwodnicy nie należy budować, bo ludzie… powinni jeździć przez Pragę i patrzeć jaka jest piękna. Priorytetem musi stać się rozwój budownictwa komunalnego i remonty istniejących kamienic. Nie każdego stać na kredyt w banku, ale miasto stać, żeby zapewnić mieszkanie tym, którzy tego kredytu nie dostaną. Zacząć należy od wykorzystania kilku tysięcy istniejących pustostanów i uruchomienia partnerstwa publiczno-prywatnego do wspólnego budowania lokali mieszkalnych. To powszechnie obowiązująca praktyka na całym świecie i nie mogę zrozumieć dlaczego jako Warszawa jeszcze żeśmy z tego rozwiązania nie skorzystali.
Kolejna sprawa to dzieci – ich wychowanie i edukacja to inwestycja w przyszłość, to inwestycja w rozwój naszego  miasta. Dlatego trzeba zapewnić miejsca w żłobkach i przedszkolach dla każdego dziecka. I powinny to być miejsca bezpłatne, jak zrobił to ostatnio prezydent Matyjaszczyk w Częstochowie.  Na pewno trzeba dokonać zmian w komunikacji miejskiej, bo ona może być tania. Autobusy, tramwaje i metro muszą kosztować ale środków tych należy pozyskiwać kolejnymi podwyżkami cen biletów, tylko racjonalizacją zatrudnienia w administracji ZTM oraz pozyskiwaniem dodatkowych środków z transportowej infrastruktury.  Kolejnym priorytetem – przy czym kolejność omawiania nie jest wyznacznikiem ich wagi – jest dla mnie bez wątpienia kultura. Nie godzę się na likwidacje, czy łączenia instytucji kultury tylko dlatego, że tak jest taniej. W ten sposób Gustaw Holoubek przestał być patronem Teatru Dramatycznego, bo połączono trzy niezależne i różne repertuarowo teatry. W naszej, lewicowej stolicy na kulturę nie będziemy patrzeć przez pryzmat pieniądza. Na stołecznych scenach znajdzie się miejsce zarówno dla pomysłów Tadeusza Słobodzianka, jak i Macieja Nowaka! Warszawa musi być żywym, różnorodnym centrum kulturalnym. Miejscem gdzie – jak przed wojną, Zachód spotyka się ze Wschodem, a awangarda z tradycją.  O tym, co jeszcze należałoby zmienić mógłbym mówić godzinami, i zostanie to zawarte w naszym programie wyborczym.
REDAKCJA: A czy nie jest przypadkiem tak, że niewielkie  zaangażowanie mieszkańców w sprawy samorządowe jest spowodowane brakiem informacji? Pamiętamy Pana akcję informacyjną o budżecie partycypacyjnym. Były nawet spoty telewizyjne. Czy nie powinna robić tego administracja? Jak Pan ocenia wprowadzanie tego projektu w życie?
SW:  To SLD jako pierwszy zgłosił postulat budżetu partycypacyjnego. Pod presją referendum  Hanna Gronkiewicz-Waltz zgodziła się na ten – jak sama mówiła „eksperyment”. Tylko że dla nas to nie „eksperyment” lecz  nowoczesna metoda zarządzania miastem. Budowania go dla mieszkańców i wspólnie z nimi. Budżet partycypacyjny okazał się sukcesem, choć chcielibyśmy aby jeszcze więcej osób się w niego zaangażowało. Uważam też, że kwota 26 milionów to stanowczo za mało. Chciałbym, aby w pierwszym roku mojej prezydentury było to 1% budżetu miasta, czyli ok. 140 milionów złotych a w kolejnych latach ta kwota rosła. To jeden z moich priorytetów, tak samo jak aktywizacja mieszkańców Warszawy. Uważam, że każda ważniejsza decyzja dotycząca mieszkańców stolicy winna być konsultowana. I nie powinny to być – jak dziś – konsultacje fasadowe, odbywane tylko dla zasady i czystego sumienia rządzących. Mówiłem wcześniej, jak dzisiejsi włodarze traktują mieszkańców stolicy i najwyższy czas to zmienić.
REDAKCJA: Jaka jest Pana ulubiona dzielnica? I dlaczego? I od razu pytanie o najlepiej rozwiniętą część Warszawy oraz o tą, która wymaga największych nakładów by dorównać innym.
SW: Moją ulubioną dzielnicą jest i na zawsze pozostanie Praga. Po pierwsze ze względu na autentyczny klimat, ludzi, ale również ze względu na fakt, że jest najbardziej zaniedbana i przez to stanowi największe wyzwanie. Dziś Warszawa to z jednej strony miasto apartamentowców i złotych wieżowców a z drugiej strony slumsów i kamienic bez kanalizacji. Mamy stolicę tę lepszą lewobrzeżną i tę gorszą po prawej stronie Wisły. Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecywała, że zniweluje te różnice, ale póki co oprócz metra nic z tych obietnic nie zrealizowała. Największe nakłady muszą iść na remont istniejących, często walących się kamienic i nowe połączenia drogowe, z których w 2009 roku Platforma Obywatelska zrezygnowała. Równolegle chciałbym abyśmy wrócili do SLD-owskiego projektu z 2000 roku rewitalizacji Pragi.
REDAKCJA: Wybory samorządowe to również działanie drużynowe. Jak Pan ocenia swoją drużynę? Czy SLD jest gotowe do tej wielkiej batalii?
SW: Mam nadzieję, że jesienne wybory samorządowe zmienią warszawską scenę polityczną. Naturalnie będziemy starali się osiągnąć w nich jak najlepszy wynik. To poważne wyzwanie. Przypomnę, że oprócz 60-osobowej Rady Miasta mamy jeszcze rady 18 dzielnic. Łącznie w stolicy wybieramy 469 radnych, więc powinniśmy wystawić blisko 1000 kandydatów. Konkurencja jest duża, bo oprócz znanych partii w wyborach wystartują liczne komitety lokalne i ruchy miejskie, które głoszą dziś hasła będące dotąd w naszej domenie i zapisane w naszym programie. Jak – na przykład – większa decentralizacja, partycypacja mieszkańców we władzy i większy nacisk na kwestie społeczne istotne dla obywateli. Jestem jednak przekonany, że nasza oferta dla Warszawiaków, powstała w trakcie rozmów z nimi i na bazie ich oczekiwań, w połączeniu z kompetentnymi, doświadczonymi i pełnymi energii i chęci zmiany kandydatami na radnych sprawi, że Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie co najmniej współrządził Warszawą. Mamy wiarygodny szyld, bardzo dobrych kandydatów i trakcyjny program. Pozostaje nam tylko przekonać do siebie mieszkańców stolicy i przypomnieć im, że gdy rządziliśmy, nigdy ich nie zawiedliśmy.
REDKACJA: Czego oczekuje kandydat na Prezydenta Warszawy od władz krajowych Sojuszu? Jak te mogą pomóc w kampanii?
SW: Jak wspomniałem wcześniej, stołeczny samorząd, a co za tym idzie, także wybory są bardzo upolitycznione. Mieszkańcy stolicy podejmują decyzje przede wszystkim na podstawie swego oglądu wielkiej polityki, a w mniejszym stopniu opierając się o nazwiska i ofertę wyborczą konkretnych kandydatów. Dlatego niezmiernie ważne jest poparcie i zaangażowanie w kampanię liderów SLD. Ważny jest też wizerunek partii i poparcie, jakim cieszy się w całym kraju.
Kampanie w stolicy duże partie zawsze traktowały priorytetowo, i to się nie zmieni. Władze Sojuszu – zarówno warszawskie, jak i mazowieckie i krajowe zadecydowały, że kandydatem SLD na prezydenta stolicy będzie młody samorządowiec znający miasto i problemy mieszkańców, a nie jak u innych polityk aspirujący na wszystkie funkcje w kraju i za granicą. Teraz musimy wspólnie pracować, by ten samorządowiec miał szansę zaprezentować szerzej to, co Sojusz Lewicy Demokratycznej ma do zaoferowania Warszawiakom.
REDKACJA: Na koniec pytanie o trzy najważniejsze punkty programowe Sebastiana Wierzbickiego?
SW: Nie chciałbym dziś zdradzać szczegółów, bo jesteśmy przed oficjalną prezentacją naszego programu wyborczego. O wielu rzeczach już dziś powiedziałem. Mówiłem już, że osią naszego programu będzie zmiana z Warszawy analogowej na cyfrową: ogromny skok cywilizacyjny dla miasta i mam nadzieję, że dane nam będzie to zrealizować.
REDAKCJA: Dziękujemy za rozmowę.
SW: Dziękuję.