Fot. K. Żuczkowski
– Jaki model miasta realizuje Hanna Gronkiewicz-Waltz? Przecież to widać gołym okiem, odgrodziła się od mieszkańców wysokim płotem na placu Bankowym. Kiedy się z nimi kontaktuje? Kiedy pyta ich, jakie mają problemy? Dopiero gdy zaczynają protestować albo kiedy próbują ją odwołać, jak w zeszłym roku – mówi Sebastian Wierzbicki, szef warszawskiego SLD, kandydat na prezydenta Warszawy. I dodaje: – Praca prezydenta miasta polega też na tym, żeby być wśród ludzi. A nie tylko wśród swoich urzędników. Chcę Warszawy z tysiącem organizacji i stowarzyszeń, kipiącej energią. W której urzędnicy słuchają mieszkańców. Gdyby to ode mnie zależało, kwotę do dyspozycji mieszkańców bym zwielokrotnił. To musi być co najmniej 130-140 mln zł.

W największych miastach Europy rządzą socjaldemokraci

Sebastian Wierzbicki – (ur. 1977 r.) socjolog, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, radny m.st. Warszawy, kandydat SLD na prezydenta Warszawy

Rozmawia Robert Walenciak

Od kiedy to samorządowcy rzucają wyzwanie wielkim politykom?
– Najwyższy czas, żeby tak się stało. Czas na profesjonalizm. Myślę, że pora podziękować celebrytom.

Jaki profesjonalizm? O Warszawę walczyły osoby z topu. Była prezes NBP, były premier, były prezes NIK, były minister spraw zagranicznych…
– A czy w związku z tymi funkcjami poznali problemy Warszawy? Poznali jej mieszkańców? OK – są znani, ale co dalej?

To znaczy?
– Jaki model miasta realizuje Hanna Gronkiewicz-Waltz? Przecież to widać gołym okiem, odgrodziła się od mieszkańców wysokim płotem na placu Bankowym. Kiedy się z nimi kontaktuje? Kiedy pyta ich, jakie mają problemy? Dopiero gdy zaczynają protestować albo próbują ją odwołać, jak w zeszłym roku. O, wtedy pani prezydent zeszła do ludu. Ale natychmiast po wygraniu referendum znów się schowała za swoim żelaznym płotem.

Pracuje…
– Praca prezydenta miasta polega też na tym, żeby być wśród ludzi. A nie tylko wśród swoich urzędników. Hanna Gronkiewicz-Waltz realizuje model miasta prawicowego, starej daty – jest prezydent, są urzędnicy, oni są najmądrzejsi, oni wiedzą wszystko, co trzeba. A mieszkańcy są dodatkiem i mają siedzieć cicho. Chcę to odwrócić. Chcę Warszawy z tysiącem organizacji i stowarzyszeń, kipiącej energią. Takiej, w której urzędnicy nie ogłaszają prawd, ale słuchają mieszkańców. By wspólnie decydować. Żeby nie było tak jak z mostem Północnym – mieszkańcy chcieli, by tak właśnie się nazywał, a nazywa się most im. Marii Skłodowskiej-Curie. A inwestycje…

Tych nie brakuje.
– A która skończyła się w terminie? Hanna Gronkiewicz-Waltz i Platforma Obywatelska nie potrafią sobie z nimi poradzić. Mamy tu bądź wielomiesięczne opóźnienia i dodatkowe aneksy do umów, bądź przekładanie inwestycji na święty nigdy. Ile miało być mostów w Warszawie? Co z obwodnicą śródmiejską? Inwestycje to wielka klęska Platformy w Warszawie.

Dlaczego się ślimaczą?
– Po pierwsze, dlatego że urzędnicy nie potrafią przygotować odpowiedniej dokumentacji na czas. Wszystkie ustawowe terminy odpowiedzi na pisma i wnioski albo podjęcia decyzji są przez nich przekraczane. Jaki tam jest bezwład, pokazuje sprawa dokumentacji potrzebnej, by pojechał tramwaj na Tarchomin – jeden urząd nie potrafił dogadać się z drugim. Całymi miesiącami! A jeśli już jakaś inwestycja wypali, to człowiek się zastanawia, gdzie tu sens. Przykładem niech będzie pociąg na lotnisko, wydawać by się mogło – superpomysł.

Tak jest niemal na całym świecie – na lotnisko dojeżdża się metrem lub szybkim pociągiem.
– Oczywiście, powinien być szybki pociąg na lotnisko Chopina na Okęciu, tylko co z tego, skoro ten pociąg jedzie z centrum na lotnisko dłużej niż autobus linii 175, którą notabene PO chciała zlikwidować? Autobusem pasażer dotelepie się szybciej niż tym szybkim pociągiem, na który poszły miliardy złotych i który dziś jeździ pusty. I żeby utrzymać ten pociąg, podnoszone są ceny biletów. Jeżeli nie słucha się mieszkańców, nie słucha ekspertów, tylko wszystko robi się tak, żeby urzędnikom było wygodnie, to mamy tego typu efekty.

Pan by to zrobił lepiej?
– Myślę, że tak. W Europie dominuje inny model zarządzania metropoliami niż ten, który realizuje Hanna Gronkiewicz-Waltz. Parę miesięcy temu, w marcu, miałem okazję gościć w Paryżu, w ostatnich dniach kampanii samorządowej. Wygrała w nich kandydatka socjalistów Anne Hidalgo, to ona jest dziś merem Paryża. Na czym polegała jej siła? Na tym, że i ona, i jej współpracownicy patrzyli na politykę jak na dialog z mieszkańcami. Jeżeli była mowa o urzędach – to musiały być przyjazne mieszkańcom. Jeżeli była mowa o inwestycjach, wszystko poprzedzały konsultacje z mieszkańcami. To było dzieło wspólne, nikogo nie uszczęśliwiano na siłę. Nikogo nie zaskakiwano, projektując przed oknami czteropasmową arterię. Spójrzmy szerzej – w wielu miastach Europy rządzą socjaldemokraci. Paryż, Berlin, Bruksela, Bratysława, Monachium, Wiedeń… Pani prezydent powinna brać przykład z takich włodarzy miast. A nie równać się do Pragi i Budapesztu. Patrzmy w górę!

Sukces Christiana Udego, wieloletniego burmistrza Monachium, socjaldemokraty, polegał m.in. na tym, że częściej bywał wśród mieszkańców niż w biurze. Sukces Anne Hidalgo, Hiszpanki z pochodzenia, polega też na tym, że mogą utożsamiać się z nią nowi mieszkańcy Paryża, tamtejsze „słoiki”.
– Żeby mieszkańcy czuli się w mieście dobrze, muszą mieć poczucie tożsamości, muszą wiedzieć, że to jest ich miasto. A jak tę tożsamość zbudować? Mieszkańcy muszą mieć przekonanie, że władze z ich zdaniem się liczą. Że nie są traktowani jak klienci, którzy mają kupić bilet komunikacji miejskiej i tyle. Muszą być traktowani jak partnerzy.

Taka jest idea budżetu partycypacyjnego.
– Budżet partycypacyjny jest ideą lewicową. Polega on na tym, że to mieszkańcy decydują, na co wydaje się część pieniędzy z budżetu miasta. To wspaniały sposób na obywatelską aktywizację. Możliwość decydowania o wydatkach okazuje się znakomitym bodźcem – mieszkańcy zaczynają się zastanawiać, jak przekształcić swoje osiedle, swoją dzielnicę, co by się przydało, organizują się w rozmaite stowarzyszenia, utożsamiają się z miastem. Stają się jego obywatelami, a nie konsumentami usług miejskich.

W Warszawie budżet partycypacyjny okazał się wielkim sukcesem.
– SLD już kilka lat temu proponował wprowadzenie budżetu partycypacyjnego. Hanna Gronkiewicz-Waltz zgodziła się na ten – jak sama mówiła – eksperyment dopiero pod wpływem referendum. Była tym tak przestraszona, że przeznaczyła do puli budżetu partycypacyjnego 26 mln zł. Tymczasem budżet Warszawy, po stronie wydatków, to 14 mld zł! Więc ile dała? 0,2%! A sukces akcji dotyczącej budżetu, liczba głosów mieszkańców, przeszedł wszelkie oczekiwania. Gdyby to ode mnie zależało, natychmiast zwielokrotniłbym kwotę do dyspozycji mieszkańców. To musi być co najmniej 130-140 mln zł. Wszyscy by na tym skorzystali.

Wydając na przyjemności…
– Nie sądzę. Warszawiacy bardzo racjonalnie podchodzą do wydatków. Poza tym co rozumie pan pod słowem przyjemność? Ścieżka rowerowa służy i przyjemności, bo fajne są wycieczki rowerowe, i rozwojowi kultury fizycznej. A w XXI w. to standard. Tak dziś się żyje.

A na co pan by wydał te pieniądze?
– Wybór zostawiłbym mieszkańcom. Choć nie mam wątpliwości – miasto zarządzane przez lewicę to takie, w którym więcej wydaje się na tzw. jakość życia. Na edukację, dobrą komunikację, kulturę.

Myślę, że ekipa obecnie rządząca miastem też by tak pieniądze wydała, gdyby je miała.
– Wchodzimy w inny obszar – uważam, że urzędnicy miejscy i pani prezydent idą po linii najmniejszego oporu i nie szukają dodatkowych źródeł dochodów. Chcą mieć pieniądze w najprostszy sposób – sięgając do kieszeni mieszkańców. Podnosząc ceny biletów komunikacji miejskiej, czynsze, opłaty za użytkowanie wieczyste, opłaty w przedszkolach. Bogatego to nie boli. Ale dla przeciętnego mieszkańca, młodych małżeństw, emerytów, to poważne obciążenie. Wyobraźmy sobie emeryta, któremu nagle podnoszą czynsz z 200 zł na 500 zł… Dlatego wołam: nie szukajmy pieniędzy w kieszeni obywateli!

A gdzie?
– Są inne źródła finansowania potrzeb miasta. Miasto ma niezagospodarowane tereny, może współpracować z podmiotami zewnętrznymi w ramach partnerstwa publiczno-prawnego. Gdy rozmawiam z prezydentami innych miast, słyszę, że zabiegają o każdego inwestora. W Warszawie inwestorzy są traktowani jako zło. Na pozwolenie na budowę i warunki zabudowy czeka się miesiącami, a nawet latami. A zgodnie z k.p.a. maksymalny czas wydania decyzji powinien się zamknąć w 60 dniach. Wątpię, czy jakakolwiek decyzja została wydana w tym terminie.

Można pana wywieźć gdzieś w miasto, np. wieczorem, i pozna pan, gdzie jest?
– Nie będę miał z tym problemu, zwłaszcza gdy ktoś mnie wywiezie do prawobrzeżnej części Warszawy. Jestem pasjonatem Pragi, znam wszystkie jej zaułki. I generalnie uważam, że prawobrzeżna Warszawa jest niedoceniana, niedowartościowana i niedoinwestowana. Sam mieszkam na Pradze i nie wyobrażam sobie, żebym miał się przeprowadzać na lewą stronę Wisły.

To biedniejsza część miasta.
– Prawobrzeżna Warszawa nie była tak zniszczona po wojnie jak lewobrzeżna. Dziś to stare przedwojenne kamienice, wobec których są roszczenia dawnych właścicieli, więc chociażby ze względu na nieuregulowany stan prawny nie można ich odbudowywać za miejskie pieniądze. Choć chciałbym przypomnieć, że w 2001 r. to SLD, który wtedy rządził na Pradze-Północ, rozpoczął rewitalizację ulicy Ząbkowskiej. To, że wygląda ona, tak jak wygląda, jest wyłącznie naszą zasługą. Chciałbym, żeby tak jak Ząbkowska wyglądały wszystkie ulice na Pradze, przynajmniej te główne.

Łatwiej by poszło, gdyby została rozwiązana sprawa dekretu Bieruta.
– Pamiętajmy, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, oprócz tego, że jest prezydentem Warszawy, jest również wiceprzewodniczącą PO, partii, która rządzi w Polsce. I nie potrafi załatwić najprostszych rzeczy – czyli zakończyć sprawy dekretu Bieruta. A jeżeli już tym się zajmuje, to troszczy się o środki na odszkodowania dla byłych właścicieli kamienic. My natomiast uważamy, że trzeba przede wszystkim zadbać o interesy lokatorów mieszkających w budynkach zwracanych byłym właścicielom lub ich spadkobiercom. Taka jest różnica między PO a SLD, pokazuje, do kogo im jest bliżej, a do kogo nam. I przez pryzmat czyich interesów patrzymy na miasto.

Robert Walenciak

One thought on “PRZEGLĄD: Hanna za żelaznym płotem – rozmowa z Sebastianem Wierzbickim

  • 11 października 2014 at 19:24
    Permalink

    chociaż mi z SLD zupełnie nie po drodze to muszę przyznać, iż przedstawił pan sprawy merytorycznie, zgodnie z moją wiedzą i oceną. Nie znalazłam, nawet, w tej wypowiedzi partyjnych ogólników i haseł – czym mnie pan ujął. Boję się tylko, że jest pan za młody, bo już nie jednemu „władcy” szaleństwo władzy uderzyło do głowy. Polecam lekturę książki przed objęciem fotela (bo potem będzie za późno) – Barbary W. Tuchman p.t.”Szaleństwo władzy”

Comments are closed.